Home»Aktualności»Joanna Tragarz o koniach i Euro: okiem Polki we Francji

Joanna Tragarz o koniach i Euro: okiem Polki we Francji

Tuż przed Mistrzostwami Europy dzieci, juniorów i młodych jeźdźców zapytaliśmy jedną z polskich zawodniczek o jej pierwsze kroki w świecie koni. Mieszkająca we Francji Joanna Tragarz mówi nam, jak wyglądała jej droga do sukcesu oraz jak z jej perspektywy maluje się obraz sportu we Francji - w tym wywiadzie nie tylko jeździectwa, ale i piłki nożnej.

1
Shares
Pinterest Google+

Dressage.pl: Od jak dawna trenujesz ujeżdżenie?

Joanna Tragarz: Swoją przygodę z końmi zaczęłam mając niecałe 4 lata. Dziadek podczas kuligu wsadził mnie na konia pociągowego i od tamtej pory  nie mówiłam o niczym innym. W wieku 6 lat dostałam pięcioletniego  kucyka Tornado – 109 cm wzrostu! To z nim zaczęłam swoja przygodę z ujeżdżeniem. Był kompletnie „zielony” –  ja podobnie. Tylko dzięki Pani Halinie Gronowskiej,  mojej ówczesnej trenerce udało się nam osiągnąć porozumienie – wspólnie odnosiliśmy wiele sukcesów, w tym zwycięstwo w Mistrzostwach Polski w Ujeżdżeniu Młodzików.  W tym samym czasie trenowałam również skoki – tu niezastąpiony okazał się mój drugi przyjaciel – kucyk Karino. Wspólnie zdobyliśmy wiele medali na Mistrzostwach i Pucharach Polski w  Skokach, jak również zloty medal Mistrzostw Polski w Ujeżdżeniu z wynikiem powyżej 70% w kurze. W moim krótkim epizodzie skokowym wiele radości przyniósł mi też kucyk White Moore Claudius. W wieku 12 lat dokonałam wyboru. Wiedziałam, że ujeżdżenie to dyscyplina w której czuję się najlepiej. Dostałam kuca o imieniu Prometheus B, to z nim zaczęłam stawiać pierwsze kroki w prawdziwym świecie ujeżdżeniowym.

Mała Joasia oswajająca się z końmi. Fot. z archiwum zawodniczki.
Mała Joasia oswajająca się z końmi. Fot. z archiwum zawodniczki.

D: Pod czyim okiem obecnie trenujesz? Komu najwięcej zawdzięczasz?

JT: Dwa lata temu w związku z rozpoczęciem studiów przeprowadziłam się do Francji. Tu zaczęłam trenować pod okiem Marca Boblet i jestem bardzo zadowolona z tej współpracy.
Marc jest bardzo wymagającym trenerem, mam do niego zaufanie, wiem też, że w każdej sytuacji mogę liczyć na jego wsparcie i konstruktywne uwagi. Czuję, że tworzymy prawdziwy team.
Zanim trafiłam pod oko Marca Boblet, miałam zaszczyt trenować pod okiem znanych trenerów z Polski i z zagranicy. Korzystałam z cennych rad miedzy innymi: Anny Bienias, Przemka Kozanowskiego, Wojciecha Markowskiego, Michała Rapcewicza, Petera Spahna oraz Ulli Salzgeber
Trudno powiedzieć któremu zawdzięczam najwięcej – myślę, że każda z tych osób nauczyła mnie czegoś innego i każdemu zawdzięczam bardzo dużo. Największe podziękowania należą się jednak moim rodzicom, którzy przez te wszystkie lata wspierali moją pasję. Mamie, która każdego dnia jeździła ze mną na treningi, dbała o mnie i moje konie.

D: Powiedz nam coś więcej o swoim poprzednim wierzchowcu, Auheim’s Prometheus. Co było największym kamieniem milowym Waszej wspólnej drogi?

JT: Promyka dostałam w wieku 12 lat. Jest on niesamowitym kucem z nietuzinkowym ruchem, ale też z prawdziwym męskim charakterem. Jako niedoświadczonej zawodniczce trudno było mi czasami sprawić, by nie wykorzystał moich braków na czworoboku. Dziś mogę powiedzieć, ze wybór kuca z nieprzeciętnym ruchem nie był trafny, trudno było mi doścignąć jego umiejętności i zapanować nad ogierzym charakterkiem. Brakowało mi doświadczenia, pokory i dystansu, dlatego wyniki nie były takie na jakie zasługiwał. Mimo wszystko Promyk zawsze będzie miał specjalne miejsce w moim sercu. Były porażki, były też sukcesy, wiele mnie nauczył. Gdyby był dużym koniem błyszczał by na czworobokach świata – jestem tego w 100% pewna!

Runda honorowa na kucu Prometheus. Fot. z archiwum zawodniczki.
Runda honorowa na kucu Prometheus. Fot. z archiwum zawodniczki.

D: A Harvard? Jak to się stało, że akurat na nim startujesz?

JT: Rozstanie z Prometheusem z racji wieku było trudnym doświadczeniem. Wiedziałam też, że muszę znaleźć konia, którego będę „czuła” bez żadnych wątpliwości. Miał być idealny. Gdy wsiadłam pierwszy raz na Harvarda, żaden nie był już dość dobry. Myślałam tylko o nim. I tak nasze drogi się spotkały.

D: Jakim koniem jest Harvard na co dzień?

JT: Henio jest bardzo wymagający i niepowtarzalny. Pochodzi ze stajni stricte komercyjnej, gdzie praktycznie się wychował i nie miał styczności z prawdziwym opiekunem. Kiedy do mnie przyjechał, bał się wszystkiego, nie wiedział do czego służy trawa. Wszystko poznawał przy moim boku. Dziś jest bardzo kochanym koniem, łaknącym kontaktu z człowiekiem, ufającym i oddanym.

W treningu bywa zmienny – codziennie potrafi być inny. Uwielbia pracować, czasem chce robić więcej niż potrzeba. Często mnie zaskakuje, jest bardzo ambitny, potrafi sprawić że nie raz kończę trening ze łzami wzruszenia w oczach.

Harvard jest indywidualistą, często trzeba iść na kompromis, ma swoje humorki jednak zawsze jest chętny do współpracy.

Miałam wiele koni, ale to właśnie on pokazał mi czym jest prawdziwa więź miedzy koniem a jeźdźcem. Nauczył mnie więcej niż każdy inny koń. To dzięki niemu mam w sobie coraz więcej spokoju, cierpliwości i pokory. Rozumie mnie i wiele mi wybacza, ja zaś ciągle uczę się tolerancji dla jego natury i czasami gorszej dyspozycji.

 Jestem wdzięczna losowi, ze trafiliśmy na siebie. Cieszę się że mogę być przyjacielem tak wspaniałego konia jakim jest Harvard.

CDI Saumur. Fot. z archiwum zawodniczki.
CDI Saumur. Fot. z archiwum zawodniczki.

D: Jak wygląda we Francji stosunek ilościowy dresażystów do skoczków?

JT: Trudno mi to ocenić. Mogę opierać się tylko na tym co słyszę od przyjaciół. Chyba jednak przeważa tu dyscyplina skoków. Niemniej, większość zawodów ujeżdżeniowych tutaj, niezależnie czy są one rozgrywane na szczeblu regionalnym, czy narodowym, gromadzi dużą rzeszę ujeżdżeniowców – kilkakrotnie większą niż w Polsce.

D: Jakie różnice widzisz pomiędzy sposobem trenowania w Polsce i Francji?

JT: W zasadzie nie zauważam większych różnic w treningu. Zarówno w Polsce jak i we Francji sięga się po pomoc uznanych specjalistów, a każdy kto chce osiągać sukcesy musi kłaść nacisk na dokładność, rzetelność i to co najważniejsze w mojej ocenie zawsze pamiętać by szanować swojego partnera.

Joanna i Harvard podczas treningu. Fot. z archiwum zawodniczki.
Joanna i Harvard podczas treningu. Fot. z archiwum zawodniczki.

D: Czy jest coś, co we francuskich stajniach przykułoby mocno uwagę polskiego jeźdźca lub coś, co by go zdziwiło?

JT: Myślę, że nie ma takich rzeczy, albo może nie miałam okazji zobaczyć.

D: Utrzymujesz kontakt z jeźdźcami z Polski?

JT: Oczywiście, że tak. Mam stały kontakt z moimi znajomymi ze skoków oraz z dresażystami. Dystans sprawia, że nie często może być to kontakt osobisty, ale tak. Widujemy się, gdy jestem w Warszawie, ale i tu we Francji zdarza się, że możemy się spotkać.

D: Komu kibicowałaś podczas Euro 2016?

JT: To była dość skomplikowana sytuacja… (śmiech) Oczywiście, że Polsce! Jestem Polką i gdziekolwiek nie będę mieszkać – zawsze będę kibicować naszej narodowej drużynie (ostatni mecz z Portugalią oglądałam ze łzami w oczach). Jednak ze względu na to, że Euro w tym roku odbywa się we Francji, trzymałam też kciuki za Francję – miałam szczęście ze nie grali razem (śmiech). Gdy tylko mogę oglądam mecze w  strefie kibica w Paryżu  – panuje tu niesamowita atmosfera!

D: Planujesz kiedyś wrócić do Polski? Dlaczego tak/nie?

JT: Jestem jeszcze na takim etapie życia, że trudno przewidzieć gdzie mnie ono zaniesie. Nie wiem czy będę tu we Francji, czy też w innym kraju. Mój dom jest i będzie zawsze w Polsce. Nie wiem czy wrócę i kiedy, ale jeśli tak się stanie na pewno będę szczęśliwa. Wyznaję zasadę, że najgorsze co można zrobić to zaplanować sobie życie. Wciąż się rozwijam, szukam swojej drogi – czas pokaże którędy ona prowadzi.

D: Wolisz emocje związane z zawodami jeździeckimi czy rozgrywkami sportów drużynowych? To przecież dwie zupełnie różne sytuacje, a czworobok i murawa na stadionie to dwa różne światy.

JT: Emocje związane z zawodami jeździeckimi są mi dobrze znane ponieważ regularnie biorę w nich udział. Moim zdaniem jeździectwo również można uznać za sport drużynowy. Już sam jeździec z koniem tworzą parę. Z jazdą konną jest trochę jak ze sportem drużynowym: jeśli jeździec z wierzchowcem się nie dogadają, to „gola” nie będzie. Ponadto na czworoboku widzimy tylko dwie postacie, ale należy pamiętać, że za każdą parą stoi sztab ludzi: trener, weterynarz, kowal, osteopata, psycholog itd. Z doświadczenia wiem, że jeżeli  choć jedno ogniwo nie współgra z drugim – odbije się to na wyniku. Tak więc mogę powiedzieć, że czuję się częścią drużyny – dlatego zaryzykuję stwierdzenie że emocje muszą być podobne.

D: Jak czujesz się przed startem w Mistrzostwach Europy w Oliva Nova?

JT: Na Mistrzostwa Europy wyjeżdżam, aby uczcić bardzo udany pierwszy sezon w startach w kategorii Młodych Jeźdźców. Startuję w tej kategorii zaledwie od sześciu miesięcy, a start w Olivie będzie moim szóstym startem, w tym trzecim na arenie międzynarodowej. Staram się podejść do tego startu jako do nowego doświadczenia. Próbuję zachować spokój, bo chcę zaprezentować naszą parę jak najlepiej. Będę walczyć o jak najlepszy wynik, nie odpuszczam i wciąż ciężko pracuję. A po ME przewiduję zasłużone wakacje dla mnie i Henia!

D: Dziękuję za rozmowę.

JT: Dziękuję.

Previous post

Młode pokolenie w Oliva Nova: ME Juniorów i Młodych Jeźdźców

Next post

Beata Stremler w drodze do Aachen