Home»Aktualności»Zaczęło się od hucuła, a co było dalej? – wywiad z Marcinem Kuralem

Zaczęło się od hucuła, a co było dalej? – wywiad z Marcinem Kuralem

3
Shares
Pinterest Google+

Marcin Kural – zawodnik ujeżdżenia, trener i twórca znakomitej muzyki do konkursów dowolnych opowiada, że warto wierzyć w siebie i nie poddawać się mimo przeciwności losu!

Dojście do Grand Prix, pierwszy start:
Jeżeli mówimy o oficjalnie pierwszym i samodzielnie doprowadzonym koniu do Grand Prix był to Kolorado -malowany kasztan ze skokowym pochodzeniem (Birkut x Lando x Landadel), który został kupiony z… TARGU!! Nie był to koń wybrany ze względu na ruch czy jakiekolwiek inne predyspozycje do ujeżdżenia. Nikt go wtedy nie sprawdzał i nie pomyślał o podstawowych badaniach…, a przez 14 lat nie pauzował. Dojście do Grad Prix nie było dla mnie tak trudne, co odnalezienie się w ówczesnym środowisku ujeżdżeniowym, w którym próżno było szukać sympatii i szczerości. Proszę uwierzyć, że w pierwszym starcie w Grand Prix osiągnąłem 62%. Byłem wtedy najmłodszym w kraju i pierwszym w swoim regionie zawodnikiem jeżdżącym takie konkursy. Czułem w tamtym czasie ogromną fale nienawiści, wyśmiewania się nawet z mojego nie-markowego stroju, hejtu…nie od Sędziów, którzy byli bardzo pozytywnie nastawieni do tego osiągnięcia, ale od zawodników – starych wyjadaczy konkursów GP! Byłem wtedy nastolatkiem i wiadomo jak człowiek w tym wieku odbiera pewne sprawy. Jedyne co mi wtedy pozostało to bronienie się wynikami! Mimo, że bogaty Tata nie sypnął groszem na konia z czerwonym paszportem, ja wygrywałem kolejne GP…. Miesiąc później, podczas oficjalnych zawodów ogólnopolskich wygrałem wszystkie konkursy Dużej Rundy. Mimo tego, że zdobywałem kolejne wyniki i promowałem swój ówczesny związek jeździecki w dyscyplinie ujeżdżenia osiągając bardzo dobre wyniki, na stronie internetowej nie widniała żadna informacja, żadna wzmianka z tego wydarzenia…. a strona cały czas działała – aktualizując wyniki zawodników z P klasy…. Smutne, demotywujące… i niestety prawdziwe. W tym samym sezonie zrobiłem kwalifikacje do Mistrzostw Polski Seniorów i oczywiście wziąłem w nich udział.
Dzisiaj jestem dorosłym człowiekiem, mocno stąpającym po ziemi.

 

Praca z hucułem:
Kiedy kupiliśmy 2-letniego Kolorado nie miałem żadnego konia do treningu. Wtedy podjąłem się „treningu” (śmiech) tego małego, kudłatego łobuza. Jako mały chłopiec, oglądający na żywo światowych zawodników podczas święta ujeżdżenia – CDIW Książ i CDIW Aromer – metodą prób i błędów sam nauczyłem hucuła większości elementów Grand Prix. Przez przypadek zostałem odkryty i zaproszony na międzynarodowy Festiwal Pony, gdzie przejechałem elementy Grand Prix na oklep. Dzisiaj Wodnik ma 32 lata i jest jedynym na świecie hucułem wykonującym elementy Grand Prix. Cieszy się zdrowiem i wspaniałą emeryturą w mojej podkrakowskiej stajni.

 

Wyjazdy na zawody by oglądać Mistrzów

Czasy były ciężkie pod względem dostępności materiałów szkoleniowych. Wtedy mogłem kupić jedynie kasetę video bez tłumaczenia na język polski, a jako dziecko nie znałem tak dobrze języków obcych by cokolwiek zrozumieć. Została mi tylko obserwacja. Już jako nastolatek potrafiłem odmówić sobie wielu przyjemności związanych z ówcześnie modnym spędzaniem czasu wśród moich rówieśników. Od rodziców dostawałem kieszonkowe, które większość roku odkładałem, aby móc wyjechać na wspomniane wcześniej CDIW – nie startować, tylko OBSERWOWAĆ i wyciągać jak najwięcej, a później przenosić to do swoich treningów. Dzięki temu, dzisiaj jestem samodzielny w szkoleniu koni. Nie boje się tego. Nadal obserwuje autorytety świata jeździeckiego, z którymi teraz mam także kontakt osobisty.

Jak jest teraz?
Hmm… myślę, że łatwiej. Dyscyplina rozwija się, wszystko jest na wyciągnięcie ręki, można wybierać we wszystkim, zostaje tylko kwestia finansów.

Fryzy, skąd pomysł, jak się z nimi pracuje
Pomysł? Nie…! To był spontan ! (śmiech) Pani dr. Aleksandra Marcol-Majewska zgłaszając się do mnie parę lat temu na trening ze swoją klaczą fryzyjską – Isa van’t Speyksbosh „wkręciła” mnie w te konie. Kiedy współpraca zaczęła się rozwijać, Pani Ola wyciągnęła „asa z rękawa” – Dafne M. Jest to córka wspomnianej klaczy, a jaj ojcem jest Meint S.R., który obecnie służy w Gwardii Królewskiej – Królowej Anglii Elżbiety II. Na stałe Dafne trafiła pod moje skrzydła w wieku 6 lat. Historia tej wspaniałej klaczy nie była usłana różami…Jako roczniaczka z przyczyn czysto technicznych i nie zależnych od nikogo uległa bardzo poważnemu złamaniu stawu skokowego. Rokowania możecie sami sobie wyobrazić…Gdyby nie ogromne poświęcenie i zaangażowanie właścicielki i doskonałe leczenie, nie byłoby naszej pary. I tak właśnie ruszyło z fryzami! Nowy rozdział, nowe wyzwania i nowa miłość do tej rasy! Są to konie silne co cenie w koniu ujeżdżeniowym, a jeżeli poświęcimy czas na poznanie tej rasy i nie będziemy ich traktować maszynowo, to możemy spodziewać się ogromnego oddania i zaangażowania z ich strony. Zawodnicy, którzy chcą pracować z tymi końmi od A do Z, muszą nauczyć się ich anatomii! Tak, tak… dla mnie na początku to też było trudne. Jednak bez tej wiedzy, ciężko jest zajść dalej. Podsumowując: Dafne M to jedyny w historii polskiego ujeżdżenia koń rasy fryzyjskiej wyszkolony do klasy CC, niebawem do GP. To bardzo pracowity i wymagający koń i nie wsiadam na nią, jak

mam tzw. „zły dzień”.

Marcinie, dziękujemy za bardzo miłą rozmowę ! 🙂 zdradzimy Wam, że…. to jeszcze nie jest koniec, oczekujcie części 2 !

 

Zdjęcia: Katarzyna Broda(faraa) i z archiwum Marcina Kurala.

Video: z archiwum Marcina Kurala

Previous post

Czas na młodych! - wywiad z Tają Zoll oraz... jej Rodzicami!

Next post

This is the most recent story.